Blog
Biurko a na nim telefon, mikron, lampa i panel perowskitowy z żarówką. Grafika symbolizująca wywiad z Dawidem Zielińskim w Kanale Zero.

Stanowski i Zieliński w Kanale Zero: perowskity Saule, Columbus i spór o „fabrykę”

Wieczór 15 grudnia 2025 roku w Kanale Zero zaczął się bez fajerwerków: odliczanie, krótkie powitanie i temat, który miał być „tym jednym telefonem, o którym mówi cały internet”. Ale bardzo szybko stało się jasne, że telefon jest tylko zapalnikiem. W studiu ruszyła wielogodzinna rozmowa o perowskitach, Saule Technologies, inwestorach, obietnicach „fabryki”, a także o tym, jak łatwo pomylić działający demonstrator z produkcją – i jak trudno jest domknąć technologię od laboratorium do powtarzalnego procesu przemysłowego.

Krzysztof Stanowski od początku przywołał słowa, które wywołały burzę: propozycję „spaceru bez świadków” w stronę Łazienek „ciemną nocą” oraz komentarz, że adresatka nie powinna być „tak głupia”, by nie korzystać z „zaproszeń”. Autorem telefonu był Dawid Zieliński, prezes Columbus Energy – tego wieczoru obecny już w studiu.


Najpierw przeprosiny – i próba szybkiego domknięcia tematu

Zieliński nie próbował udawać, że nic się nie stało. Powiedział wprost, że zrobił „kompletną głupotę”, że nikt go nie zmuszał do przyjścia do programu i że bierze pełną odpowiedzialność. Nazwał ten telefon „żałosnym” i podkreślał, że trzeba to powiedzieć bez ogródek – bez usprawiedliwień i bez półsłówek.

Jednocześnie od razu zasugerował, że chciałby przejść do sedna, czyli do perowskitów i projektu Saule, bo „dzieje się”. Stanowski nie odpuścił. Wrócił do rozbieżnych wersji, które krążyły wcześniej publicznie: koncert, dentysta, „piwo”, różne godziny i szczegóły. Domagał się jednej, spójnej opowieści – bo w takich historiach nawet drobiazgi później robią się „dowodami” na nieszczerość.

Zieliński ułożył to tak: w środę wieczorem miał poważny zabieg stomatologiczny z analgosedacją i twierdził, że przez ponad 20 godzin czuł się źle; mówił też, że od 22 lat choruje na cukrzycę typu 1 i tamtego dnia miał wysoki poziom cukru. Do tego – stres i „lawina wiadomości” o rzekomych „pomówieniach” (w jego słowach: dziesiątki SMS-ów). W czwartek był na koncercie, wcześniej u dentysty, dzień opisywał jako ciężki. W końcu padło to zdanie, które stało się jego wersją wyjaśnienia: „odpaliłem się. Wyszło jak wyszło”.

Przepraszał nie tylko osoby, które poczuły się dotknięte jego słowami, ale wspomniał też, że jego żona również poczuła się urażona. Stanowski spiął ten fragment klamrą „felernego zbiegu okoliczności”: jedno to telefon, drugie – to, co działo się w życiu Olgi Malinkiewicz i w samym projekcie perowskitowym, bo spór o Saule trwał już wcześniej, a telefon go tylko rozpalił.


Dwie tezy Stanowskiego i trzecia wersja Zielińskiego

Gdy wątek telefonu został „przepchany przez studio”, Stanowski zadał pytanie, które brzmiało jak wybór między dwoma złymi odpowiedziami: po co Zielińskiemu i jego wspólnikom było wchodzić w ten projekt? Albo porwali się na coś, czego nie byli w stanie unieść i „zniszczyli perowskity made in Poland”, albo od początku mieli złe intencje i postanowili to zrobić świadomie.

Zieliński odrzucił oba scenariusze. Podkreślał, że technologia perowskitowa „nie została przez nikogo zniszczona” i że to nie jest historia „złych ludzi”. Jego teza była inna: projekt jest poturbowany, bo uprzemysłowienie i komercjalizacja nie nadążyły za marketingiem. W jego narracji problemem nie było to, że „nic nie działa”, tylko to, że komunikaty – zwłaszcza około 2021 roku – sugerowały dużo więcej, niż realnie było gotowe do produkcji w sensie przemysłowym.

Wprost mówił o oficjalnych materiałach i przekazach, które miały sugerować, że fabryka już produkuje, że proces przeniesiono z laboratorium „w pełni”, a tymczasem – jak twierdził – przeniesiono tylko część: „może 20%, może 40%”. Z jego perspektywy kluczowe zdanie brzmiało: „nigdy nie wyprodukowano ani jednego modułu na linii produkcyjnej od A do Z”.


Laboratorium, które robiło wrażenie

W jednym punkcie obie strony właściwie się nie spierały: demonstratory i próbki działały. Zieliński mówił o przełomie Olgi Malinkiewicz – nadruku perowskitu na elastyczne ogniwo – i podkreślał, że nie da się nikomu odebrać zasług: ani Oldze, ani zespołowi. Przypomniał też chronologię, którą zarysował w programie: start badań, powstanie spółki, wspólnicy, inwestor z Japonii oraz publiczne finansowania i granty. W jego ocenie zespół laboratoryjny przez lata wytwarzał „jedne z najlepszych” demonstratorów.

To jest ten moment, w którym w rozmowie „o miliardach, audytach i technologii” pojawia się element, który działa na widza natychmiast: coś, co można zobaczyć bez tłumaczenia pół godziny.


Dioda pod lampą – i moment, w którym każdy rozumiał spór

Na stole pojawiła się próbka, którą można było przetestować „tu i teraz”. Pod światłem sztucznym dioda się zapalała, a po odwróceniu próbki – gasła. Prosty układ, prosta reakcja, zero efektów specjalnych. Zieliński potwierdził: tak, to działa i to jest wytworzone w laboratorium przez zespół „z doktoratami”, zarządzany przez Olgę Malinkiewicz.

Jednocześnie dopowiedział zdanie, które wracało w rozmowie jak refren: to, że działa, nie oznacza jeszcze produkcji. Spór – w jego wersji – nie dotyczył tego, czy perowskity mają potencjał, tylko tego, czy powstał proces, który da się domknąć tak, aby był powtarzalny, możliwy do opisania i skalowania, a nie zależny od ręcznej, laboratoryjnej pracy pojedynczych specjalistów.


„Od A do Z”: stacje na hali i powrót do laboratorium

Stanowski dopytywał, co właściwie znaczy „od A do Z”. Zieliński opisał linię jako zestaw stacji: przygotowanie folii, cięcie, oczyszczanie, nadruk, krystalizacja. Ten fragment procesu – jak twierdził – działał na hali. Ale potem, w jego relacji, następował moment, w którym „kończyła się produkcja przemysłowa”: półprodukt wracał do laboratorium, gdzie był laminowany, cięty, dostawał elektrody, a reszta procesu była robiona manualnie.

W rozmowie padł też konkretny szacunek: na początku 2025 roku przeniesienie procesu na halę miało sięgać około 70%. I natychmiast pojawiało się jego dopowiedzenie: „70% to nie 100%”. W przemyśle liczy się domknięcie, choćby w małej skali – żeby móc pokazać kolejnym inwestorom stabilną, powtarzalną produkcję, nawet jeśli to ma być „jeden metr dziennie”, a nie tysiące metrów.

Tu pojawiła się metafora, która robiła porządek w całej dyskusji: fabryka działa jak piekarnia – wkładasz z jednej strony „mąkę, wodę i drożdże”, a z drugiej strony wychodzi chleb. Czasem zakalec, czasem dobry, ale w przewidywalnym procesie. Laboratorium to „chleb babci”: świetny, ale jednostkowy i trudny do przeskalowania.


Dlaczego Columbus wszedł w projekt

Zieliński wrócił do 2020 roku – czasu covidu i wejścia Columbus do Saule. Podkreślał, że nie było to „zaproszenie do klasycznego startupu na wczesnym etapie”, tylko do projektu, który wyglądał jak końcówka drogi do uruchomienia produkcji. Opisywał, że na miejscu widzieli pełne laboratorium, wiele próbek i równolegle halę z urządzeniami. Wspominał też o konkretach, które miały działać na wyobraźnię: skala rzędu „do 40 000 m² rocznie” oraz zapewnienia: za dwa lata sprzedaż, za trzy lata – „2 miliony małych modułów” dostarczanych klientom, którzy „stoją w kolejce”.

W tej opowieści kluczowe były dwa elementy: inwestycja i rola Columbusa. Zieliński mówił o 45 milionach złotych inwestycji kapitałowej i o tym, że Columbus miał zostać wyłącznym dystrybutorem tego, co zacznie powstawać po domknięciu procesu.


Maj 2021: „otworzyliśmy fabrykę” – goście, scena i filmiki

Maj 2021 wracał w rozmowie wielokrotnie. Zieliński mówił o uroczystym otwarciu „fabryki perowskitów”: goście, media, instytucje publiczne, przedstawiciele rządu, spółek Skarbu Państwa. Wspomniał też, że wydarzenie prowadził Maciej Kawęcki. I opisał wprost rzecz, która – w jego narracji – była symbolem problemu: siedział na scenie i oglądał nie tyle produkcję, co filmiki o tym, jak linia produkuje. Twierdził, że wtedy uwierzył on i wielu innych, że linia już produkuje albo „zaraz zacznie”.

Jednocześnie zaznaczał, że nie przypisuje nikomu złej intencji: raczej wiarę, że „zaraz” uda się domknąć proces. Tyle że – w jego wersji – to „zaraz” nie zostało dowiezione, a komunikat „fabryka działa” zaczął żyć własnym życiem w marketingu i mediach.


„Zainwestowaliście bez audytu?” – odpowiedź: „tak i nie”

Stanowski naciskał: czy da się włożyć dziesiątki milionów bez audytu technologicznego i weryfikacji opowieści o skali? Zieliński odpowiedział „tak i nie”. Mówił o due diligence prawnym i księgowym, o analizie dotacji i raportów. Ale przyznawał, że nie udało się zrobić jednego: sprowadzić zewnętrznych specjalistów do precyzyjnego audytu technologii, bo – według niego – spółka nie chciała nikogo wpuścić z obawy przed wyciekiem know-how.

Stanowski kwitował to wizją inwestora, który chce wiedzieć wszystko: gdzie włącza się maszynę, gdzie się ją wyłącza, jaka jest przepustowość, jakie są wąskie gardła. Zieliński przyznał, że popełnili błąd: jako mniejszościowy udziałowiec zostawili zarządowi zbyt dużą autonomię i zbyt długo „patrzyli z tylnego siedzenia”.


„Złotówka jest symbolem” i pytanie: kto ma przejąć pałeczkę

Gdy rozmowa doszła do ściany budżetowej, wrócił motyw „oddania za złotówkę”. Zieliński tłumaczył, że złotówka jest symbolem: chodzi o to, że nie chcą pieniędzy „z góry” od państwa czy spółek Skarbu Państwa. W jego ujęciu projekt powinien przejąć ktoś z dużym, elastycznym budżetem i cierpliwością – przemysłowy gracz, który dowiezie brakujący etap.

Stanowski streścił to brutalnie: „złotówka plus udział w przyszłych zyskach, ale bez dokładania pieniędzy”. Zieliński potwierdzał kierunek i dodawał: jeśli się nie uda, inwestorzy też stracą – ale dziś, jego zdaniem, bez „pałeczki” przekazanej dalej, projekt utknie na zawsze.


Wykup, DC24 i spór o „realną ofertę”

Wątek wykupu wracał jak bumerang. Stanowski naciskał, że gdyby ktoś oferował zwrot pieniędzy, sprawa powinna się szybko domknąć. Zieliński odpowiadał, że to nie była „prawdziwa oferta”. Rozdzielał Columbus i DC24: mówił o 45 mln inwestycji kapitałowej i 7 mln pożyczek (łącznie 52 mln) oraz o tym, że propozycja była odbierana jako transakcja wiązana, w której akcje Columbusa miałyby być sprzedane za 1 zł.

Jednocześnie powtarzał: gdyby ktokolwiek przyszedł z realnym zwrotem wszystkich pieniędzy (kapitał + pożyczki, bez „magicznych skrótów”), zamknąłby to bardzo szybko. W programie padło wręcz zdanie o „24 godzinach” jako czasie, w jakim dałoby się domknąć transakcję, gdyby oferta była – w jego ocenie – jednoznaczna i wykonalna.


15 sekund filmiku i jedno słowo: „zaczynamy”

W pewnym momencie Zieliński poprosił o puszczenie krótkiego nagrania z 2021 roku, w którym Olga Malinkiewicz mówi o otwarciu pierwszej fabryki i o tym, że „na skalę przemysłową zaczynamy tę technologię wprowadzać”. Zieliński podkreślał, że „bije w marketing”, nie w osobę – że problemem jest rozjazd między komunikatem a realnym stanem procesu.

Stanowski zwrócił uwagę na różnicę: „zaczynamy”, nie „produkujemy”. Zieliński przyznał, że to ważne, ale natychmiast dopytywał: jeśli ktoś słyszy „zaczynamy na skalę przemysłową”, naturalnie pyta „kiedy to będzie dowiezione?”. I właśnie to – jego zdaniem – było sednem napięcia: obietnice „za chwilę” trwały latami.


TÜV i zdanie, które zamknęło dyskusję

Jednym z najbardziej napiętych fragmentów był certyfikat TÜV. Zieliński twierdził, że certyfikat oparto o próbkę z laboratorium, opisywaną jako pochodząca z linii. Stanowski kontrował, że ma potwierdzenie, iż próbki zdejmowano z linii. Zieliński odpowiadał, że ma potwierdzenie od osoby, która próbkę wysyłała.

I wtedy padło zdanie, które w takich rozmowach mrozi powietrze: „No to ktoś kłamie”. W tym miejscu dyskusja przestała być o technicznych niuansach, a stała się sporem o wiarygodność relacji i dokumentów. Zieliński powtarzał, że nie chwalił się certyfikatem, bo w jego ocenie „nie ma produkcji”. Z kolei Stanowski naciskał, że w firmowych materiałach perowskity i certyfikaty funkcjonowały jako element budowania narracji sukcesu.


„Kroplówka” i „parabank” – najostrzejszy odcinek sporu o pieniądze

W części finansowej Stanowski nie hamował języka. Krytykował konstrukcje pożyczek „do 40 mln”, liczne warunki pozwalające wstrzymywać transze, możliwość „zaniechania wypłat”, a także poziom kontroli wydatków schodzący do pytania „na co idzie każda złotówka” – od rzeczy technicznych po rzeczy codzienne. Padło słowo „kroplówka”. Padło też słowo „parabank” w kontekście maksymalnych odsetek, jakie – według Stanowskiego – miały się pojawiać w dokumentach.

Zieliński bronił się rozróżnieniem: Columbus inwestował kapitałowo (45 mln) i pożyczył 7 mln na warunkach, które opisywał jako rynkowe. W programie pojawił się konkret: w jego pożyczce padały stawki typu Euribor roczny + 5,25% (co w rozmowie zostało zestawione z realiami kredytów). Jednocześnie odcinał się od tego, że „nie negocjował” umów DC24 – i podkreślał, że o ich szczegółach wypowiadać się nie chce, bo nie był stroną negocjacji.

Stanowski kontrował jednak logiką odpowiedzialności: skoro Columbus musiał wyrażać zgody na finansowania, to trudno mówić „to mnie nie dotyczy”. A z perspektywy widza – napięcie polegało na tym, że z jednej strony padały wielkie liczby (setki milionów w 11 lat), z drugiej – w rozmowie pojawiały się maile o brakujących środkach na „podstawowe wydatki” i listy zaległości.


List czterech osób z Saule: piec, laser CO2 i clean room

W programie pojawił się list podpisany przez cztery osoby z Saule (w narracji Stanowskiego: dyrektor operacyjny, dyrektor produkcji, dyrektor naukowy i menedżer rozbudowy linii). List był kierowany do inwestora (DC24) i prosił o zmianę trybu współpracy – bez „pośrednictwa” Columbusa. Najmocniejsze tezy dotyczyły kompetencji, decyzji i opóźniania automatyzacji.

W liście opisano plan automatyzacji przedstawiony latem 2023 roku i trzy „fundamentalne” elementy, które miały być kluczowe niezależnie od strategii sprzedaży:

  • dodatkowy piec na front-end, aby zwiększyć przepustowość,
  • przemysłowy laser CO2 do automatycznego przycinania modułów (zamiast pracy ręcznej),
  • rozbudowa clean room pod automatyzację backendu i ustawienie niezbędnych maszyn.

List sugerował, że to były elementy pochłaniające większość budżetu inwestycji i najbardziej czasochłonne, a jednocześnie – w ocenie autorów – zostały zablokowane lub odrzucone „bez merytorycznych argumentów”, bez konsultacji z zewnętrznymi specjalistami i bez przedstawienia danych rynkowych. Autorzy pisali też o utracie know-how: odejściach kluczowych osób, procentowym udziale odchodzących pracowników w zgłoszeniach patentowych oraz o „ponad 40 latach doświadczenia” wyniesionych ze spółki w ciągu kilku miesięcy.

Stanowski podsumował to brutalnie: cztery osoby twierdzą, że przez działania inwestora (lub pośrednika) linia nie ruszyła tak, jak mogła. Zieliński odpowiadał kontrą chronologiczną: linia miała być w maju 2021, list jest z maja 2024, a w dokumentach akcjonariuszy miał pojawić się zapis, że linia nie działa. W jego wersji list potwierdzał problem (brak pełnej produkcji), a spór dotyczył tego, dlaczego problem trwał latami i dlaczego komunikacja publiczna sugerowała coś innego.


Telefony do studia: Artur, Kmiecik, „kiwi” i foldery z perowskitami

Gdy uruchomiono telefony, program dostał trzeci wymiar – mniej „dokumentowy”, bardziej emocjonalny, a momentami wręcz oskarżycielski.

  • Artur z Wrocławia uderzył w przeprosiny: jego zdaniem leki czy zmęczenie nie zmieniają człowieka, tylko „zdejmują hamulec”. Zarzucał Zielińskiemu niespójności: że raz mówi „nie brałem udziału”, a potem „jednak” wychodzi coś innego; krytykował też wątek „dotacji” i tego, jak w rozmowie mieszają się pojęcia „pieniądze publiczne” vs „pieniądze klientów”. Dopytywał też o zaległości i przesuwanie terminów w ZUS (wątek, który w rozmowie przewinął się wprost).

  • Dawid Kmiecik (Nexity / projekt Next City) opowiedział najbardziej dramatyczną historię telefonu. Mówił, że w 2020 roku wszedł we współpracę z Dawidem Zielińskim, która miała być „piękna i kolorowa”, a skończyła się – w jego relacji – próbą siłowego przejęcia. Używał bardzo mocnych sformułowań: opowiadał o „inwazji na siedzibę spółki pod jego nieobecność”, o zabezpieczeniu budynku łańcuchami, o wrogim przejęciu i o tym, że spółkę publiczną potraktowano jak „prywatny folwark”. Wspominał też o rzekomych kradzieżach sprzętu i mienia oraz o wieloletnich postępowaniach, które miały się ciągnąć po tej historii.

    Najważniejszy był jednak konkret „dealu”, jaki opisał: według niego miało wpłynąć 10 mln zł w zamian za 90% udziałów oraz plan budowy technologii zarządzania energią rozproszoną przez 5 lat; po sukcesie miał „odzyskać” dodatkowe ponad 20% (czyli finalnie oddać ok. 30% w całym układzie). Twierdził, że 10 mln nie wpłynęło, a wpłynęła połowa; z tej połowy – jak mówił – 3,5 mln wróciło do Columbusa jako pożyczka, więc realnie w spółce zostało ok. 1,5 mln. Opisywał też „dawkowanie kroplówkowe” pieniędzy, próby przeciągania ludzi, próby wyciągania technologii i zarządzania „z tylnego siedzenia”, tak by korzyść była po jednej stronie.

    Kmieciok twierdził też, że dziś jest na etapie, gdzie „ze spółki praktycznie nic nie zostało”, ludzie się rozeszli, a akcjonariusze nie znają kulis. Mówił o kosztach zdrowotnych i o działaniach, które – w jego ocenie – mogłyby mieć kwalifikacje karne, chociaż zastrzegał, że „nie ma bezpośrednich dowodów obciążających” Zielińskiego, a raczej sekwencję działań i okoliczności. Najmocniejszy zarzut dotyczył tego, że Zieliński miał „reaktywować projekt życia” Kmiecika pod inną nazwą, a przedstawiany w programie sukces (w rozmowie przewinęła się nazwa Zenera) miał – według Kmiecika – opierać się na podstawach zaprojektowanych w tamtym projekcie.

    Zieliński odpowiedział ostro: nazwał to „kompletną bzdurą”. Powiedział, że Next City było startupem, który się nie udał, a rynek (elektromobilność) nie dowiózł założeń. Twierdził, że w projekt poszło więcej pieniędzy niż „półtora miliona” (wskazywał 8,5 mln), że rzekome IP nie było IP Kmiecika, a system był „Skandynawów” i został wyłączony. Zapowiedział, że mógłby rozłożyć temat na części pierwsze, ale nie chce wchodzić w „faulowanie” na antenie. Zarzuty o wątki rodzinne i zastraszanie określił jako „bardzo daleko idące pomówienia”.

  • Kuba, były pracownik (sprzedaż), opowiadał o agresywnych metodach nacisku na klientów: sugestiach, że „dzieci będą odrabiały lekcje przy świeczkach”, wykorzystywaniu emocji, „wyjątkowych cen tylko dziś” i dzwonieniu po zgodę „przełożonych”. Wprowadził też wątek „metod” sprzedażowych i wejść przez domofon – najsłynniejszą nazwał „metodą na kiwi”. Opisał ją prosto: dzwoni się przez domofon i mówi „dzień dobry, ja po to kiwi”, a gdy ktoś pyta „jakie kiwi?”, pada żartobliwa puenta („takie jajeczko z wódkami”) i dopiero potem przechodzi się do rozmowy. Zieliński stwierdził, że nie zna takich metod, szkolenia są ustandaryzowane i jeśli coś takiego było, to raczej jako lokalny folklor, nie oficjalna strategia firmy.

  • Michał (dział B2B) zarzucił Zielińskiemu niespójność w wątku TÜV i „chwalenia się” perowskitami. Twierdził, że na imprezie firmowej i w materiałach (folderach) perowskity i certyfikaty były eksponowane, a w rozmowie Zieliński mówił, że „nigdy się nie chwalił”. Odpowiedź Zielińskiego była krótka i szczera: „oczywiście, że się chwaliłem Olgą”.


Kwoty, negocjacje na antenie i pytanie: „ile trzeba wyłożyć?”

W końcówce padło też wprost pytanie o kwoty wykupu. Zieliński w programie rzucił sumę, która zabrzmiała jak zimny prysznic: nominalnie – jak mówił – to byłoby 57 mln (w jego ujęciu: część związana z Columbus) plus 56 mln (część związana z DC24), czyli w sumie 113 mln zł, przy czym jednocześnie zaznaczał, że nie reprezentuje DC24 i trzeba by pytać ich o gotowość do ustępstw. W studiu pojawiła się też ironiczna „negocjacja na żywo” (35 mln i „cena spada”), ale w tle i tak zostało wrażenie: mówimy o kwotach, których żadna strona nie „wyciągnie z kieszeni” bez bardzo dużej operacji finansowej.


Ostatnie minuty: „odwołam komornika jutro”

Na koniec Stanowski spróbował zejść z poziomu dokumentów na poziom gestu: zaproponował zdjęcie komornika z kont Olgi Malinkiewicz, sugerując, że to byłby czytelny sygnał deeskalacji. Zieliński powiedział, że „nie ma problemu” ze zdjęciem komornika i zadeklarował, że odwoła go następnego dnia. Zaprosił też Olgę na rozmowę „jeden na jeden” – w biurze Kanału Zero, „bez innych oczu” – żeby spróbować „rozmasować” sytuację.

Po kilku godzinach ostrej konfrontacji był to jeden z nielicznych momentów, w którym napięcie realnie opadło. I paradoksalnie – brzmiało to jak próba odwrócenia sensu tamtego nieszczęsnego telefonu: zamiast „spaceru bez świadków” jako groźby i presji, spotkanie bez publiki jako próba wyjścia z okopu.


Co zostało po tym wieczorze

Nie padł wyrok. Nie było prostego „kto zawinił”. Został za to bardzo czytelny obraz konfliktu, który ma kilka warstw naraz:

  • Warstwa wizerunkowa: telefon, który uruchomił emocje, ale też zmusił uczestników do mówienia o rzeczach, które wcześniej funkcjonowały głównie w komunikatach i domysłach.
  • Warstwa technologiczna: demonstrator może działać i robić wrażenie – a jednocześnie przemysł może „nie ruszyć” bez domknięcia całego procesu, automatyzacji i powtarzalności.
  • Warstwa finansowa: spór o to, czy finansowanie było „kroplówką”, czy naturalnym narzędziem kontroli ryzyka w kapitałochłonnym projekcie; spór o warunki pożyczek i o to, kto realnie ponosi odpowiedzialność za ich konstrukcję.
  • Warstwa zarządcza: pytanie, czy zespół naukowy i founder potrafili (i mieli ludzi), by przejść przez „dolinę śmierci” między laboratorium a fabryką – oraz czy inwestorzy potrafili (i chcieli) prowadzić projekt tak, by nie zabić go kontrolą, ale też nie zostawić go wyłącznie w narracji.

Jeśli po tej rozmowie coś było jasne, to to, że perowskity – jako pomysł i potencjał – wciąż budzą wyobraźnię. Ale równie jasne było drugie: w tej historii najtrudniejsze nie jest „czy to działa”, tylko „czy to działa seryjnie”. Między „zaraz” a „w końcu działa w serii” potrafi się zmieścić wiele lat, setki milionów i ogromny chaos.


Źródło

Źródło wideo: https://www.youtube.com/watch?v=X7iP61pa6GE

Kanał Zero – „Godzina Zero”: Krzysztof Stanowski i Dawid Zieliński (15.12.2025)